Magia XXI wieku
Tomasz Włosok, I rok
Recenzja – warsztat dr. Macieja Kledzika
Lewitujące skały, drzewa kryjące dusze przodków, ziemia jarząca się światłem w miejscu, gdzie postawi się krok, trzymetrowe, niebieskie stwory podobne do kotów oraz przenoszony umysł między dwa ciała. To tradycyjny schemat każdego filmu typu science fiction. Jednak kiedy cena jego nakręcenia przekracza dużo ponad pół miliarda i reżyserowany jest przez Jamesa Camerona, wówczas nie może jedynie zachwycać i zadziwiać. On musi wprowadzać w magiczny świat, sprawiać, że czujemy, jakbyśmy tam byli. Przedstawiona w nim historia musi być naszą historią.
„Avatar” – wizjonerska opowieść o miłości oraz walce dobra ze złem z początku niczym nie odbiega od innych filmów o podobnej tematyce.
Weteran wojenny Jake Sully (Sam Worthington), sparaliżowany od pasa w dół, po stracie brata dostaje propozycję wzięcia udziału w programie Avatar na planecie Pandora. Program ten miał na celu przejęcie kontroli nad replikami mieszkających tam Na’vi, w celu przeniknięcia do ich społeczności i nakłonienia ich do udostępnienia Unobtainium – surowca wartego miliardy dolarów. Szybko okazuje się jednak, że misja ta ma charakter dyplomatyczny tylko w teorii. W praktyce jest to po prostu najzwyklejsza wojna, mająca na celu wysiedlenie słabszego ogniwa.
Jake wraz z naukowcami dr Grace Augustine (Sigourney Weaver) oraz Normem Spellmanem (Joel Moore) jako awatary rozpoczynają ekspedycję naukową w celu poznania tej dziwnej planety. W następstwie wydarzeń główny bohater odłącza się od grupy lądując w środku lasu i jest pozostawiony na pewną śmierć. Kiedy zaatakowany przez dobermano – podobne stwory, jest już bliski śmierci z opresji ratuje go Neytiri (Zoe Saldana), która jest córką wodza tutejszego plemienia. Sully kompletnie oszołomiony i zmieszany, zaczyna podążać za swoją wybawicielką. Zostaje przechwycony przez grupę łowców Na’vi na czele z Tsu’Tey – przyszłym wodzem i jednocześnie, mężem Neytiri. Staje przed wodzem i otrzymuje jedyną szansę na przeżycie - 3 miesięczny, przyśpieszony kurs na członka plemienia oraz zdobycie zaufania u innych mieszkańców. Szybko okazuje się, że bohater będzie zmuszony działać na dwa fronty.
Film posiada dość prostą i schematyczną fabułę, jednak w połączeniu z efektami w 3D, wytwarza w naszym mózgu niesamowitą masę odczuć. Przez prawie 3 godziny czujemy się jak dzieci, które po raz pierwszy oglądają występy iluzjonistów.
James Cameron już od 1995 r. nosił się z zamiarem nakręcenia tego filmu, jednak technologia, jaką dysponował świat, nie zadowalała go na tyle by, zrealizować ten projekt. Dopiero w 2005 r. znalazł odpowiednie narzędzia, aby móc ruszyć z pracą.
Zdjęcia do filmu rozpoczęto w kwietniu 2007 r. i już wtedy wiadomo było, że odniesie on rekordowy sukces kasowy. Nie było chyba filmu fabularnego wyreżyserowanego przez Camerona, który nie byłby określany mianem przełomowego, otwierającego drzwi do nowej epoki. Tak też się ma i z Avatarem.
Ten film jest po prostu magiczny. Nie znajdzie się tam dwóch takich samych scen, wszystko, co tam zobaczymy, żyje własnym życiem. Każdy szczegół jest tam tak perfekcyjnie dopracowany, że jeszcze długo po obejrzeniu filmu ciężko jest człowiekowi otrząsnąć i wrócić do szarej rzeczywistości.
Warto także wspomnieć o ścieżce dźwiękowej Jamesa Hornera, która perfekcyjnie oddawała klimat, jaki w danym momencie panował na Pandorze. Jako, że nie jestem wielkim znawcą muzyki, dla mnie prawie każdy kawałek brzmiał mniej więcej tak samo. Mimo to muzyka zawsze wpasowywała się idealnie w atmosferę na ekranie. W pamięci szczególnie została mi piosenka kończąca film, „I see you” Leony Lewis, która swoim delikatnym głosem codziennie pozwala mi powrócić w ten magiczny świat i na nowo zachwycać się jego pięknem i monumentalnością.
Wielu ludzi nie uważa tego filmu za przełom dekady, a wręcz są rozczarowani, ponieważ szukali w tym filmie czegoś głębszego. Zastanówmy się jednak, który z ostatnio wyreżyserowanych filmów, przy tak prostej fabule, budził w ciągu prawie 3 godzin tyle emocji? Myślę, że w filmach tego typu nie warto dopatrywać się niesamowitych przesłań życiowych. Lepiej odłożyć na bok wszelakie racjonalne interpretacje, puścić wodze fantazji i po prostu się dobrze bawić.
Dziękuję Cameronowi za ten film.
|