Czerwona ziemia Masajów
Izabela Sikorska, I rok
Reportaż - warsztat dr. M. Kledzika
Od najmłodszych lat marzyłam o przygodzie na Czarnym Lądzie. Pragnęłam przemierzać dziką sawannę w surowym jeepie, wzniecającym tumany czerwonego pyłu. Marzyłam, by położyć się na białym piasku plaży Oceanu Indyjskiego i poczuć delikatną, ciepłą bryzę na twarzy...
W końcu nadszedł dzień, w którym mogłam zacząć pakować walizki, by wyruszyć wraz z rodzicami do Kenii.
Początek listopada 2009 roku. Jeszcze przed świtem udaliśmy się na warszawskie lotnisko. Zajęliśmy miejsca w samolocie. Czekał nas dziesięciogodzinny lot do Mombasy, drugiego co do wielkości kenijskiego miasta leżącego na wybrzeżu Oceanu Indyjskiego. Gdy wylądowaliśmy, Mombasa była okryta nocą. Przywitały nas szerokie uśmiechy pracowników lotniska, które zupełnie nie przypominało naszych nowoczesnych europejskich portów lotniczych. Był to surowy budynek, w którym zamiast okien były jedynie duże, okratowane otwory bez szyb, dzięki czemu przeciągi powietrza zastępowały klimatyzację. Powietrze było bardzo wilgotne i ciepłe, z oddali dochodził do nas szum palmowych liści.
Po odebraniu bagażu zostaliśmy zaprowadzeni do autokaru, który przewiózł nas do hotelu. Zanim dotarliśmy do naszego lokum, czekała nas przeprawa promem, ponieważ Mombasa podzielona jest przez ocean, a żadnego mostu tam nigdy nie wzniesiono i jedyną drogą był piętnastominutowy rejs promem. Kursował on nieustannie, by ludzie oraz pojazdy mogły pokonać granicę stworzoną przez wody oceanu.
Niewiele zobaczyliśmy podczas przejazdu. Mrok ogarniał całą okolicę, widziałam tylko lekkie zarysy liści palmowych i dachów chat mieszkańców wsi, przez które prowadziła droga do naszego hotelu. Mimo późnej pory obsługa hotelu czekała na nas z pyszną kolacją, na którą udaliśmy się, jak tylko wzięliśmy upragniony prysznic. Po kolacji szybko poszliśmy spać, gdyż następnego dnia czekała nas pobudka przed świtem.
Pierwszy dzień pobytu w Afryce rozpoczęliśmy obfitym śniadaniem o 4 rano. Kiedy napełniliśmy brzuchy, wyjechaliśmy do Parku Narodowego Tsavo East, który znajdował się prawie 200 kilometrów od naszego hotelu. Po drodze zobaczyłam wioski, których zarys widziałam poprzedniej nocy. Sympatyczny kierowca opowiadał nam różne ciekawostki na temat mieszkańców okolicznych wsi.
Pierwszym punktem naszej wyprawy do parku była zapora Aruba, przy której zbierały się słonie i zebry, by zaspokoić pragnienie. Widok niesamowity, w moich oczach mieniły się czarno-białe pasy zebr, słonie powoli i dostojnie przechadzały się wzdłuż brzegu i zanurzały swe trąby
w mieszance piachu i wody. Następnie udaliśmy się na lunch
w obozowisku na otwartej sawannie.
Po południu wyjechaliśmy na safari, by podglądać dzikie zwierzęta w ich naturalnym środowisku. Widziałam bawoły, antylopy gnu, zebry, impale i gazele. Po całodziennych podchodach, w bezlitosnym upale, udaliśmy się do lodży (obozowisko), gdzie mogliśmy zjeść kolację oraz spędzić bezpiecznie noc. Naszą pierwszą noc na sawannie. Kiedy zasypiałam, słyszałam porykiwanie lwów, krzyki pawianów i piski ogromnych nietoperzy, które nocą wyruszyły na polowanie…
Drugiego dnia wczesnym rankiem ruszyliśmy do następnego Parku Narodowego, w Amboseli, oddalonego o pięć godzin jazdy mini-busem. Tam ujrzeliśmy przepiękny „dach Afryki” – Kilimandżaro. To był zapierający dech w piersiach widok pomimo, że nie widzieliśmy samego wierzchołka góry, który można dostrzec tylko wczesnym rankiem i tuż przed zachodem słońca, gdyż w innych porach dnia jest okryty chmurami. Pojechaliśmy dalej w głąb parku, aby obejrzeć między innymi żyrafy, lwy, słonie, hipopotamy oraz inne fascynujące zwierzęta. Odwiedziliśmy też tamtejszą wioskę Masajów, którzy opowiedzieli nam o swoich różnych obrzędach. Zaprezentowali swoje specyficzne tańce, w których mężczyźni pojedynczo wyskakują jak najwyżej w górę, wydając się z siebie głośne okrzyki podobne do pisków szakala. Ugościli nas w swoich tradycyjnych pasterskich chatach zbudowanych z patyków oraz wysuszonych krowich odchodów. Jak się okazało, życie Masajów głównie skupia się wokół krów, za które wojownik może kupić sobie kolejną żonę. Tak, kolejną, ponieważ wśród tego ludu panuje bigamia. Po tym wyczerpującym dniu powróciliśmy do obozu na sawannie, by odpocząć przed kolejnym dniem.
Trzeciego dnia wstaliśmy godzinę przed świtem, by zobaczyć budzącą się do życia przyrodę. Po tych obserwacjach udaliśmy do oddalonego o 400 kilometrów Nairobi. Podróż w blisko czterdziestostopniowym upale była niezwykle męcząca, na nogi postawił nas lunch, który zjedliśmy w przydrożnej restauracji. Po kilku kolejnych godzinach jazdy dotarliśmy nad jezioro Navasha, gdzie mogliśmy zobaczyć około czterysta różnych gatunków ptactwa, między innymi flamingi różowe, pelikany i kormorany. Obserwowaliśmy także inne zwierzęta - nosorożce, hipopotamy, gazele i bawoły. I tak minął nam kolejny dzień, po którym udaliśmy się do naszych lodży na zasłużoną kolację i sen.
Czwartego dnia udaliśmy się na wyprawę do najsłynniejszego w Kenii Parku Narodowego Masai Mara, położonego na płaskowyżu
o wysokości ok. 1600 m n.p.m. W tym rezerwacie co roku odbywa się niesamowita migracja antylop gnu, zebr oraz bawołów, wokół których bez przerwy krążą wygłodniałe drapieżniki - lwy, lamparty, gepardy i szakale. Popołudnie spędziliśmy na safari w tym niesamowitym miejscu. Zobaczyłam i sfotografowałam masę zwierząt, które nagle przebiegały tuż przed naszym busem albo czaiły się w zaroślach. Wieczorem tradycyjnie udaliśmy się do lodży.
Cały piąty dzień spędziliśmy również w Masai Mara. Jest to tak bogaty w zwierzynę rezerwat, że nawet dwa dni to zbyt mało, żeby mieć okazję zobaczyć wszystkie zwierzęta zamieszkujące go. Odwiedziliśmy kolejne wioski Masajów, obdarowano nas licznymi, ręcznie robionymi pamiątkami. Otrzymaliśmy przeróżne bransoletki i naszyjniki wykonane z kolorowych koralików przez masajskie kobiety. Jeden z turystów odkupił od masajskiego wojownika jego tradycyjny, czerwony strój. Mężczyźni uwielbiają czerwień, wszystkie ich stroje są krwistoczerwone, kobiety zaś noszą granatowe szaty. Co ciekawe, Masajowie zapuszczają długie włosy, które plączą w cienkie warkoczyki, ozdabiają je koralikami i zabarwiają na czerwono. Masajki całkowicie ścinają włosy, wszystkie kobiety są łyse… Kiedy zakończyliśmy wizytę w wiosce, była już noc i musieliśmy wrócić do naszych lodży.
Szóstego dnia udaliśmy się do centrum Nairobi, stolicy Kenii, gdzie dotarliśmy dopiero na obiad, który zjedliśmy w restauracji Carnivore. Podaje się tam dania z dzikich zwierząt. Ja zadowoliłam się tylko herbatą, ponieważ wcale nie miałam ochoty na żeberka zebry czy udziec gazeli… Po obiedzie zwiedzaliśmy muzeum Karen Brixen (oryginalny dom z filmu „Pożegnanie z Afryką”). Zwiedziliśmy również skansen Bomas, w którym spotkaliśmy afrykańskich przedstawicieli plemion Kikutów, Masajów, Taita, Kisii i Luo. To już był koniec naszej przygody na safari i ruszyliśmy na lotnisko w Nairobi, żeby powrócić do Mombasy. Kiedy dotarliśmy do hotelu nie mieliśmy już ochoty na nic, zjedliśmy szybko kolację i udaliśmy się do naszych bungalowów na zasłużony odpoczynek.
Siódmy dzień pobytu w Afryce był dniem jedynie błogiego leniuchowania na plaży, gdzie podziwialiśmy i kąpaliśmy się w przepięknie mieniącym się niebieskozielonymi barwami oceanie. Spacerowaliśmy po miękkim i białym prawie jak mąka pszenna piasku. Wokół rosły wysokie, zielone palmy kokosowe. Krajobraz był przepiękny, wręcz rajski… A wieczorem, niestety, nadszedł czas, by spakować walizki i wsiąść do samolotu. Wróciliśmy do mroźnej Warszawy.
|