Ameryka według Kafki
 | | Franz Kafka |
Kamil Nowosielski, I rok
Esej – warsztat red. Jerzego Korejwo
„Ameryka” w tle twórczości Franza Kafki to dzieło cokolwiek pogodne. Nie jest nadużyciem słowo „pogodne” zwłaszcza w odniesieniu do współczesnej twórczości, gdzie tworzą ludzie, których prześladuje poczucie obcości czy nienawidzący samych siebie. Jest jednak nadużyciem, jeśli weźmiemy pod uwagę wrażliwość zwykłych ludzi, a nie zwykle sfrustrowanych społeczeństwem czy tych pokaranych przez życie pisarzy, jak Gorki czy Dostojewski. Chociaż zakończenia nie znamy, bo nigdy nie powstało - to, co stanowi o oryginalności tego dzieła w twórczości austriackiego prozaika, to zapowiedź dziwnego, dobrego zakończenia. Bo trzeba wspomnieć zakończenie „Procesu”, którego bohater „ginie jak pies” czy na przykład zakończenie „Przemiany”, której bohater dosłownie zdycha, jako że był żukiem.
Rękopis Franza Kafki nie ma tytułu. W rozmowach zwykł nazywać tę książkę swą „amerykańską powieścią” lub po prostu - od momentu ukazania się drukiem pierwszego rozdziału w 1913 r. – „Palaczem”. Natomiast w jego dzienniku doszukać się można nazwy „Zaginiony”. Jakkolwiek jej nie nazwać, mowa o innym świecie - Ameryce - i taki właśnie tytuł wybrał dla książki przyjaciel i wykonawca testamentu Kafki, pisarz Max Brod. Na marginesie: jest on także autorem wielu prac o Kafce. „Ameryka” otwiera chronologicznie słynną trylogię Franza Kafki, której kolejnymi dziełami są „Proces” i „Zamek”. Brod nazwał te trzy dzieła „trylogią samotności”. Wszystkie łączy niepokój, jako główny składnik atmosfery tych utworów, a przede wszystkim tematyka poczucia obcości, absurdu, wyższości mających wpływ na jednostkę wszechmocnych sądów i prawa ustalanego wedle skomplikowanych zasad. W tym odcieniu nieprawdopodobieństwa jest sztuka Kafki, gdzie niedorzeczność staje w miejscu starej logiki.
W warstwie treściowej jest to opowieść o szesnastoletnim chłopcu, Karlu Rossmannie, niemal dosłownie „zesłanym” przez rodziców do Ameryki za karę, gdyż służąca zaszła z nim w ciążę. Tu przypadkiem poznaje na okręcie Palacza okrętowego i w jego losie spotyka się po raz pierwszy z niesprawiedliwością w Ameryce. Jest on niedoceniany w swojej ciężkiej pracy i Karl postanawia wystąpić w jego interesie przed kapitanem statku. Skutek obrony jest taki, że Palacz pogrąża się w oczach przełożonych, ale również taki, że Karl przypadkiem poznaje wysoko postawionego wuja, który jest senatorem. Jego opieka okazuje się jednak rzeczą ulotną i odtąd Karl musi radzić sobie w nowym świecie sam. Przypadkiem jego losy wikłają się z dwoma podejrzanymi typami - Robinsonem i Delamarchem. W swojej tułaczce, poprzez nieszczęśliwe zbiegi okoliczności, a także przez toksyczny związek ze wspomnianymi osobnikami, poczciwy chłopiec będzie bity, okradany, wykorzystywany i upokarzany. Żółć zalewa czytelnika, zwłaszcza, że książka pomaga przywoływać wspomnienia z jego własnego życia, a o ile miał choć raz poczucie krzywdy - budzi chęć natychmiastowego wymierzenia sprawiedliwości.
Sam Kafka nigdy nie był w Ameryce. Poznał ją jednak ze sprawozdań praskich gazet, jak „Neue Rundschau”, „Bohemia” czy „Prager tagblatt”, swojej ulubionej biografii Franklina, czy powieści Charlesa Dickensa. Mimo iż praca nad książką nie przychodziła Kafce z trudem, powieści nie ukończył - zresztą żadnej ze swych powieści nie ukończył i nieustannie czuł własną pisarską niedoskonałość, o czym dowiadujemy się z obszernych „Dzienników”. Dlatego, jak można się domyślać, nakazał przyjacielowi w testamencie zniszczenie rękopisów. Na szczęście dla świata, Max Brod nie zrobił tego. Bardzo prawdopodobne, że to dzięki niemu już za życia ukazały się niektóre z opowiadań wielkiego pisarza. Wielkiego, ponieważ jego znaczenie dla prozy XX wieku jest takie, jak Marcela Prousta czy Jamesa Joyce'a, a swojego wielbiciela ma chociażby w osobie żywej legendy - Philipa Rotha, najpoważniejszego kandydata do literackiej nagrody Nobla.
A jednak forma, którą posługuje się Kafka, jest nietypowa dla wielkiego pisarza, którego format, a chociażby znaczenie dla prozy wieku równa się autorowi arcydzieła „W poszukiwaniu straconego czasu”. Kafka swoim krystalicznie czystym językiem odcinał się od stylu praskich oraz współczesnych mu pisarzy, u których dominowały barokowe przerosty formalne i stylistyczne. Nie znaczy to wcale, że Kafka nie potrafiłby utrzymać cugli kwiecistego stylu; nie tyczyło go puste poetyzowanie, o czym świadczy jego przenikliwie napisany dziennik. Właśnie ten dokument, o dużej wartości literackiej, ukazuje rozbieżność sposobu pisania powieści a postrzegania przez pisarza rzeczywistości - własnego życia. Oczywiste jest, że jego dzieła cechuje nie mniejsza przenikliwość; tam jedynie odbiorca czynniej uczestniczy w lekturze, nieustannie zmuszony do linearnej interpretacji – o ile zamierza być konsekwentny. Kafka w „Dziennikach” udowadnia słowa jednego z najwybitniejszych prozaików amerykańskich dwudziestego wieku, Henry`ego Millera: "Pisarz to człowiek, który rozumie rzeczywistość w stopniu wyższym od innych ludzi". Prosty sposób wyrażania, abstrahując od elementów sytuacji kafkowskiej, przydaje dziełu chłodu, za którym kryje się także metafora surowości świata.
„Ameryka” nie jest powieścią samodzielną; jej pełne zrozumienie - o ile to możliwe - może przynieść tylko znajomość reszty twórczości pisarza. Jak wszystko, co Kafka napisał, również ta smutna historia, nie daje się interpretować w szczególe - to powieść parabola. Dzieło symboliczne daje się odczytać, gdy do lektury przystępuje się bez jakichkolwiek ustaleń prowokujących ujawnienie się sensu - sens musi przyjść sam i zawsze będzie inny. A wielość znaczeń każdego z dzieł Franza Kafki jest nieskończona i to świadczy o wybitnym talencie twórcy. Jego dzieła można rozpatrywać w warstwie społecznej czy teologicznej, nie mówiąc o bardziej wyrafinowanej, skonkretyzowanej pisarskiej tematyce, jak problem absurdu, alienacji, sytuacji jednostki względem wszechmocnej instancji - i tak dalej. Jego dzieła, z wielością rozwiązań, można by porównać do kostki Rubika, gdyby nie to, że kostka Kafki nie przynosi rozwiązania. Akcja tych dzieł, inaczej niż w typowych powieściach, nie zmierza do punktu kulminacyjnego i rozwiązania intrygi, natomiast - jak zauważył komentator dzieł pisarza, Roman Karst – „toczy się monotonie, rozdrabniając się w dywagacjach, które grzęzną w powodzi obsesyjnie wprost gromadzonych antytez”. Przeważnie absurd w dziełach literackich budzi niecierpliwość ich bohaterów z braku rozwiązania - w tym tkwi przeważnie jego rola w twórczości absurdalnej: niecierpliwość długo nie pozostaje niecierpliwością - rodzi bunt. To jest właśnie oryginalne w dziele Kafki, że jego postaci się nie buntują. Józef K. z „Procesu” chwilami powątpiewa o swoim wyroku, nie zapominając w przerwach rozprawy o przyziemnych sprawach, jak miłości, dobrym jedzeniu, czytaniu gazet. Zakończenie powieści jest zresztą wystarczająco wymownym dowodem. Z kolei K. z „Zamku” daje się wciągnąć w grę; w jego wypadku buntem byłaby zwykła ucieczka. A Karl Rossmann od początku jawi nam się grzecznym chłopcem, przystającym na krzywdzące postanowienia losu, którego jedyną winą, jeśli już trzeba by mu jakąś przypisać, było zjawienie się w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiednim czasie. „Oddychać znaczy być sądzonym” - że wyrażę się, parafrazując Alberta Camusa - i to przez absurdalną rzeczywistość, absurdalne prawo, dla którego każdy w każdej chwili może stać się podejrzanym, o ile nie zna mechanizmu, jak wyraża się sam Karl Rossmann. Jego los zdaje się być z góry ustalony, jak los Edypa; już pierwsze strony są opisem pierwszej egzekucji losu, zapoczątkowującej lawinę niefortunnych wydarzeń.
Jest w „Ameryce” znamienna scena, obrazująca mechanikę tego świata, gdy Karl wygląda przez okno i zwykła ulica jawi mu się jako „mały odcinek systemu krążenia, którego samego w sobie nie można było zatrzymać bez poznania wszystkich sił, jakie działają w całym obiegu”. Karl jest w obiegu. Pchany jedyną siłą, jaka obowiązuje w Ameryce poza niesprawiedliwością - przypadkiem. To przypadek jest motorem nieszczęść w tej powieści i to on również zasupłał węzeł gordyjski absurdu. Bez przypadku niektóre opozycje nie miałyby szansy znaleźć się obok siebie; nieskończone możliwości interpretacji przynoszą dwuznaczności, kryjące się w nieustannych przejściach od naturalności do niezwykłości, od tego, co indywidualne do tego co powszechne, od tragiczności do codzienności, od absurdu do logiki; to w nich siła i znaczenie całego dzieła Kafki.
Autor rysuje postać Karla Rossmanna niewinną niczym biały króliczek, którego skazuje następnie na bezlitosną rzeź niesprawiedliwości świata. Spod tej powieści prześwieca jednak skrywane współczucie autora do stworzonej przez siebie postaci. Traktuje ją łagodniej niż bohaterów w innych częściach trylogii i to jest prawdopodobny powód zarzucenia dalszego pisania powieści; być może uznał, że świat nie zasługuje na szczęśliwe zakończenia. Za tą wersją przemawia coraz surowsze traktowanie własnych postaci. Ale to moja mimowolna nadinterpretacja. Bardziej satysfakcjonuje teza, że Kafka z narastającą ostentacją problematyki swoich powieści podkreśla absurd zacieśniający się wokół własnych port paroli. Efekt podnosi umieszczanie postaci w małych, zapadłych miejscowościach zasypanych śniegiem, wysyłanie bohaterów na kraniec świata, sceneria ciemnych korytarzy, ciasnych uliczek, tylnych dziedzińców - i tak dalej. Postaci są tym dojrzalsze, im ich imiona stają się krótsze. W „Zamku” mamy już tylko K.
Zakończenie historii młodego Karla Rossmanna jest nam nieznane, jednak ostatni rozdział „Teatr z Oklahomy” jest zapowiedzią nietypowego zakończenia dla autora, który swoje postaci zwykł torturować, zamieniać w chrząszcze czy zwyczajnie uśmiercać - to zapowiedź odmiany na lepsze, stabilizacji. Józefa K. spotyka względnie proste „rozwiązanie” w postaci egzekucji. Natomiast K. jest uwięziony między niepokojem i niejasną biurokracją w wiosce pełnej nieprzychylnych ludzi. Paradoksalnie nawet wolna wola nie wydostanie go z tego świata, a brak zakończenia historii tylko przeniesie niepokój z K. na czytelnika.
Należy przyznać, że zakończyć którąś z powieści Kafki to jak zobaczyć ostatni promyk słońca z zamykanej z tobą w środku trumny. Wszystko odtąd zdaje się inne. Początek natomiast jest zwyczajny. Bo tylko nagłe wybicie ze zwyczajności powoduje wstrząs, pozwalający uwypuklić problematykę - wpadka ze służącą, nagły wyrok, czy nieprzewidziane w skutkach zlecenie. A narastająca komplikacja i tak beznadziejnej sytuacji bohaterów wzbudza w czytelniku pragnienie definitywnego rozwiązania. Ale rozwiązania nie będzie nigdy. Bo czy śmierć jest rozwiązaniem? Jest otwarciem księgi jałowych pytań rodzących kolejne absurdy - jak można dobrowolnie dać się zabić? Jak można przejmować się spóźnieniem w pracy, gdy nie możemy wstać z łóżka, ponieważ zamieniliśmy się w tłustego żuka - to w przypadku „Przemiany”. Jednak wymieniać pytania, to sugerować odpowiedzi - a pytania do takiej twórczości układa się na własną miarę.
Trudno tę książkę polecać, jak można to łatwo uczynić w przypadku wielu dziś wydawanych. Mam jednak sugestie, dosyć oczywiste zresztą. Mogę powiedzieć, że stanowczo nie jest to lektura dla osób szukających w niej rozrywki. W warstwie treściowej niektórym może zdać się wręcz nużąca i monotonna, a jednak zawsze i dla wszystkich potrafiących czytać będzie niepokojąca. Niektórzy tego właśnie szukają, by przydać swemu życiu goryczy, która poprawia smak życia udanego - bądź żeby dobić życie i tak nieudane. Inni lubią pływać w morzu interpretacji i właśnie tej wąskiej grupie poleciłbym tę książkę. „Ameryka” nie zmusza do myślenia, ale tylko dlatego, ponieważ niczego od czytelnika nie chce - żyje sama dla siebie, dając jedynie możliwość podjęcia - lub nie - trudu jej zrozumienia. Tej książki, podobnie zresztą jak „Procesu” czy „Zamku”, się nie czyta, ją się poznaje. I można poznawać ją zawsze i codziennie - na nowo.
|