Wojna w Iraku lepsza od niebieskiej rewolucji
Marcin Kruszyński, I rok
Komentarz – warsztat dr. Macieja Kledzika
7 marca 2010 roku, o godzinie 2:30 czasu polskiego, odbyło się najważniejsze wydarzenie w świecie filmu – ceremonia rozdania Oscarów. Już po raz 82. mogliśmy poznać najlepszych aktorów i twórców filmowych, a przede wszystkim - najlepszy film.
Rok 2009 zaowocował wieloma wspaniałymi produkcjami i kreacjami, ale już od jakiegoś czasu znano faworytów, którzy dostać mieli statuetki. Jednak za sprawą przedziwnych wyborów Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej, ta edycja po raz kolejny zakończyła się przyznaniem bardzo kontrowersyjnych nagród.
Najważniejszym wydarzeniem określającym faworytów do otrzymania Oscara są coraz bardziej uznawane w amerykańskim show biznesie Złote Globy. Ta przyznawana przez Hollywoodzkie Stowarzyszenie Prasy Zagranicznej nagroda jest wyznacznikiem dobrego kina w USA, a właściwie jedynym wyznacznikiem niezależnym. Złote Globy w tym roku przyznano bez zaskoczeń, a nagrody dostali ci, którzy zasłużyli na nie najbardziej. Natomiast szczerze wątpię w to, czy złożone z ludzi show biznesu jury Amerykańskiej Akademii Filmowej potrafi wydawać obiektywne werdykty.
W tym roku jednym z najważniejszych faworytów był wspaniały film „Avatar” w reżyserii Jamesa Camerona – wielkiego wizjonera i artysty, którego każde dzieło jest rewolucyjne i technologicznie wyprzedza resztę o całe lata. „Avatar” ma wszystko, co dobry, amerykański film mieć powinien. Biorąc pod uwagę, że produkcja stała się najbardziej kasowym filmem wszech czasów, wręcz niemożliwe do wyobrażenia było, że tego wieczoru „Wielki Jimmy” nie odbierze ani jednej statuetki.
I stało się! Nagrodę za najlepszą reżyserię dostała Kathryn Bigelow, a jej „The Hurt Locker” zgarnął również nagrodę za najlepszy film. Po raz kolejny polityka i moralny kac Ameryki wpłynął na osąd. Wygrał film traktujący o wojnie w Iraku. Traktujący w sposób pokojowy, wzruszający i dający amerykańskim masom do zrozumienia, jacy to ich żołnierze są wspaniali i jak bohatersko walczą ze złem.
Tak naprawdę jest to bardzo przeciętny, wyidealizowany film wojenny, nakręcony w dodatku przez kobietę, która – powiedzmy sobie szczerze - nigdy wcześniej dobrego filmu nie nakręciła. Gdyby nie poruszający scenariusz, napisany na podstawie relacji amerykańskiego reportera z Iraku, obraz nie miałby żadnych szans. W ten oto sposób zawarta w „The Hurt Locker” formułka „oparte na prawdziwej historii” pokonała największy film tej dekady – „Avatara”. Najsmutniejsze jest to, że Oscary dostał film i reżyser, o których za 10-20 lat nikt już pamiętać nie będzie. A „Avatar” – prosta historia, nakręcona z wielkim rozmachem, która już kilka miesięcy po premierze zrewolucjonizowała kinematografię – tych nagród nie dostał i musiał się obyć mniej prestiżowymi Złotymi Globami.
Teraz pozostaje nam śledzić dokonania filmowców w roku 2010 i mieć nadzieję, że przyszłe Oscary powędrują do właściwych rąk.
|