Wrzesień 2010


Kuźnia



Taniec odmienił moje życie

Aneta Wnuk, I rok
Reportaż – warsztat dr. Macieja Kledzika


Pamiętam, że był zimowy wieczór. Pogoda nie dopisywała - padał śnieg z deszczem, w dodatku było bardzo zimno. Ludzie otuleni szalikami i ubrani w ciepłe czapki pędzili do swoich domów, aby się rozgrzać. Ja miałam tylko jeden cel - dotrzeć na moje pierwsze zajęcia taneczne.

Gdy wreszcie dotarłam na miejsce, zobaczyłam tłum roztańczonych ludzi. Poczułam obawę. „Ja tak nigdy nie będę tańczyć” - pomyślałam. Szybko zdjęłam kurtkę, usiadłam na schodkach i czekałam na przebieg wydarzeń. Nagle drzwi do jednej z sal uchyliły się… Najpierw zobaczyłam głowę z lekko przystrzyżonymi włosami, a potem resztę ciała jakiegoś mężczyzny. Pamiętam nawet, jak był ubrany. Czarne, szerokie spodnie dresowe, do tego szara bluza z kapturem i złote trampki. „Ciekawe, kto to jest. Może będzie mnie uczył?” – zastanawiałam się.

- Chodźcie! Teraz wasza kolej - krzyknął nieznajomy.
Szybko zebrałam się z miejsca i ruszyłam w kierunku drzwi. Kiedy weszłam na salę, zobaczyłam stół, przy którym siedziało trzech mężczyzn. Pierwszy, który nas zawołał i jeszcze dwójka nieznajomych. „To będzie jakiś egzamin? Będą nas sprawdzać” - słyszałam w około. Na szczęście okazało się, że będzie to spotkanie organizacyjne. Mężczyzna w złotych trampkach okazał się - jak myślałam wcześniej - naszym instruktorem. Przedstawił się jako Robert. Nie pamiętam dokładnie, o czym mówiono na tym spotkaniu. Były to rozmowy o zajęciach, obozach warsztatach, płatnościach itd.

Pamiętam, co zdarzyło się 20 minut później.
- Dobra, to skoro zakończyliśmy część organizacyjną, to teraz trochę potańczymy. Chodźcie bliżej - powiedział Robert

Niepewnym, ale lekkim krokiem podeszłam do instruktora i ustawiłam się obok niego. Kiedy spojrzałam w lustro, zobaczyłam, że tylko ja to zrobiłam.
- Co się dzieje? Nie bójcie się. Wszystko będzie dobrze - powiedział Robert, uśmiechając się do reszty ludzi. Osoby opierające się o parapet ledwo się od niego oderwały i niepewnie stanęły przed lustrami.

Pierwsze pół godziny

Układu nie pamiętam. Wiem, że było szybkie uderzenie głową w lewą stronę. - Bardzo dobrze. Ma być energicznie - usłyszałam po wykonaniu ruchu. „Moja pierwsza pochwała. Taka mała, a daje tyle szczęścia”- pomyślałam. Wiem, że już po pierwszych 30 minutach pokochałam taniec. Czułam się wolna i szczęśliwa. Problemy odeszły, pozostała tylko muzyka i ruch.

Ciężkie treningi

Oczywiście początki nie były łatwe. Nie mogłam usłyszeć bitów w muzyce. Bardzo ciężko było zapamiętać kroki. Myliłam kolejność ruchów. Nie mogłam się dopasować. Każdy trudniejsza choreografia, sprawiała mi wielką trudność. Pamiętam, że kiedyś nastąpił tzw. „sądny dzień”. Wszystko się psuło. Już nawet nie pamiętam, co się działo, ale wiem, że było bardzo źle. Przyszło mi wtedy do głowy, że czas, aby zrezygnować, aby poddać się i już więcej nie tańczyć. Właśnie w tym dniu, kiedy miałam się wypisać nasz instruktor powiedział parę mocnych słów. Dokładnie nie pamiętam, jak one brzmiały. Mogę tylko przytoczyć sens:

„Nigdy się nie poddawajcie. Nie wyjdzie pierwszy raz, to spróbujcie drugi. Nie wyjdzie drugie, zróbcie trzeci. Jeżeli nie uda się trzeci raz, to spróbujcie czwarty. Tak ma być przy setnym, dwusetnym. Uwierzcie w siebie. Jeżeli, tylko zechcecie, możecie zdziałać cuda”

Gdyby nie te słowa, nie wiem, czy dzisiaj nadal trenowałabym taniec. Pamiętam, że te kilka słów odmieniło mój sposób myślenia o tańcu. Wszystko się zmieniło.

- Zawsze wydawało mi się, że moja siostra jest osobą nieśmiałą, skrytą i zamkniętą w sobie, a na pewno mocno wstydliwą i troszkę zakompleksioną... wydawało mi się...Kiedy pierwszy raz zaczęła opowiadać mi o swojej pasji mój stereotyp zaczął się chwiać, a kiedy pierwszy raz pokazała mi co jest jej pasją – runął! Od kiedy zaczęła uczęszczać na lekcje jej zachowanie diametralnie się zmieniło. Stała się osobą pewną siebie, przebojową, spontaniczną, pełną energii i woli życia. Zobaczyłam, jak ważną rzeczą w życiu jest pasja, nieważne, co się robi, jeśli robi się to z pasją, człowiek odnajduje w sobie tyle energii i woli życia, że zaczyna zarażać otoczenie. Jestem fizjoterapeutką i patrząc z czysto zawodowego punktu widzenia nabieram jeszcze większego szacunku do tego, co robi. Po ciężkiej operacji kręgosłupa i z ograniczeniami, które się z tym wiążą, ona niczym nie odbiega od zdrowej młodzieży, nawet przerasta ich swoim zdeterminowaniem. Często mam do czynienia z dzieciakami i młodzieżą, która powinna wiele czasu poświęcać na ćwiczenia. Czasami przychodzi to z oporem, często jest to aktywność wymuszona. Natomiast wiele razy widzę, jak sport lub hobby odmienia ich podejście, jak aktywność fizyczna, która jeszcze niedawno była obowiązkiem, staje się radością ich życia - mówi moja siostra


Obozy taneczne

Czas beztroskiego lenistwa, ale jednocześnie ciężkiej pracy. Zanim poszłam na studia, udało mi się pojechać na trzy obozy taneczne – dwa letnie i jeden zimowy. Będę je pamiętać do końca życia. Mimo męczących treningów byłam szczęśliwa. Codziennie chodziłam w dresowych spodniach i szerokim podkoszulku, ale to nie przeszkadzało nikomu. Tam wszyscy tak się ubierali. Oczywiście mieliśmy dużo zajęć tanecznych. Najpiękniejsze chwilę przeżyłam podczas warsztatów z Thierrym Vergerem – choreografem z Francji. Układy, które stworzył, były zdumiewające i profesjonalne. Za każdym razem, kiedy miały zacząć się zajęcia, przychodziłam na salę wcześniej, aby móc zająć dobre miejsce. Stojąc obok, nie tylko wspaniałego tancerza, ale również człowieka o gołębim sercu, czułam się, jak w bajce. Pamiętam, że na pewnym treningu Thierry Verger podszedł do mnie, wyciągnął dłoń i powiedział: „One zloty”. Nie wiedziałam, o co chodzi i bez zastanowienia wyciągnęłam z kieszeni niewidzialną monetę, kładąc ją na jego dłoni. Thierrym Verger serdecznie się uśmiechnął i podziękował za pieniążek. Właściwie nie musiał nic mówić, wszystko wyrażał poprzez taniec. Z polskich słów znał tylko: Britney Spears, etonce, Ricky Martin i Baba Jaga.

Chrzest
Oczywiście, kiedy byłam pierwszy raz na obozie, musiałam przejść chrzest. Z racji tego, że akurat było lato, cała impreza odbyła się przy jeziorze Rożnowskim. Chrzest prowadzili moi znajomi, dlatego przy pierwszym zadaniu zostałam oblana, nie jedną, ale dwoma porcjami lodowatej wody z jeziora. Kolejne wyzwanie polegało na wytarzaniu się w piasku. Trzecie było zdecydowanie najgorsze - przynajmniej dla mnie. Musieliśmy włożyć palec do dziury w piasku i zrobić wokoło niej 5 okrążeń. Ja mam bardzo słabą głowę i nawet jedno okrążenia na karuzeli, powoduje lekkie zachwianie równowagi. Kiedy wreszcie ukończyłam trzecie zadanie, strasznie zakręciło mi się w głowie-nie wiedziałam, gdzie jestem. Zamiast iść dalej, poszłam w przeciwnym kierunku i wpadałam na osobę, która była za mną. Wszyscy zaczęli się śmiać, ale potem-łaskawie- wskazali odpowiedni kierunek.

W kolejnym zadaniu musieliśmy zjeść dziwną papkę, stworzoną przez obozowiczów. Kiedy wreszcie dotarłam do stanowiska z przysmakiem byłam przerażona - jednak wszystko skończyło się bardzo dobrze. Zamiast krzywić się, jak pozostali, powiedziałem tylko: „Ale pychota. Mogę jeszcze?” i dostałam kolejną porcję. Chyba jestem jakaś dziwna, ale to naprawdę było bardzo dobre. Przy następnych stanowiskach zostaliśmy wysmarowani: margaryną, serkiem topionym, masłem i jakąś dziwną, żółtą mazią. Na czołach napisano nam nazwę szkoły. W ostatnim zadaniu trzeba było położyć się na kolanach założyciela naszej szkoły, który ze śmiechem uderzał w nasze pośladki obcasem buta tanecznego. Pamiętam, że po zakończeniu chrztu brudni, mokrzy i zmęczeni wskoczyliśmy do jeziora i zaczęliśmy pływać.

…i znowu obóz
Najlepiej wspominam zimowy obóz w Limanowej. Zostałam wtedy przewodniczącą i na moje barki spadło trochę obowiązków. Musiałam organizować chrzest dla nowych, przygotować konkurs Mis i Mistera i oczywiście sprzątać sale po imprezach. Na szczęście moje koleżanki, z którymi dzieliłam pokój, chętnie mi pomagały.

- Podczas mojej krótkiej przygody z tańcem spotkałam mnóstwo cudownych osób i doznałam wielu przygód, tych ciekawych i tych mniej, ale każda z nich jest warta zapamiętania. Najlepiej pamiętam obóz w Limanowej, mój pierwszy i zdecydowanie najlepszy. Wyczerpujące zajęcia, super muzyka i towarzystwo.
Zamiast odsypiania i zbierania sił na nowy ciężki dzień, długie rozmowy po nocach, pełne śmiechu i dogadywania. Jedna sytuacja utkwiła mi najbardziej w pamięci. Sprzątanie sali treningowej po chrzcie obozowym - kara za obijanie się na zajęciach jednego z instruktorów. Kara przerodziła się w świetną zabawę, tańczenie, wygłupianie, robienie zdjęć, jeżdżenie na ścierkach oraz ciekawe dyskusje zakończone około 3 w nocy zimnym i nielegalnym prysznicem
- opowiada Natalia



Znienawidzona technika
Podstawy techniki zawsze sprawiały mi najwięcej trudności. Nauka obrotów, padebure, szase, stanie na releve, obciągnie palców czy znajomość podstawowych pozycji jazzowych. Uczyłam się tańczyć głównie w stylu street (hip-hop, house, new style) i ciągle zastanawiałam się, po co mi nauka ze strony technicznej. Teraz, kiedy uczę się dwa lata (chociaż to bardzo krótko) zaczyna do mnie docierać, jak bardzo ważne były te zajęcia. Od razu przyznam się, że nadal nie potrafię zrobić wszystkiego dokładnie, ale przynajmniej staram się dawać z siebie wszystko.

Treningi odbywały się zawsze w dobrej atmosferze, ale nie obyło się bez krytyki: - Nie chcę tutaj żadnego kabaretu - słyszałam na zajęciach. - Aneta, masz tyle energii, ale posłuchaj wreszcie muzyki - w ogóle jej nie słyszysz”, „Ty sobie ze mnie żartujesz? Przecież to jest bardzo proste”.

Krytyka zawsze mobilizowała mnie do cięższej pracy. Wiedziałam, że powtarzanie trzydzieści, czy czterdzieści razy tego samego kroku przyniesie rezultat. Oczywiście nie zawsze wszystko układało się dobrze. Czasami miałam ochotę wyjść z zajęć i już nie wrócić…


"Wystąpiliście tutaj w pięciu i zatańczyliście bredgensa, taniec na głowie jak ktoś nie wie"
Te słowa Andrzeja Leppera nie odzwierciedlają stylu, jaki prezentują bboy’e (ludzie tańczący breakdance). Nie będę mówić o wymowie nazwy tego tańca, ani o opisie, jaki stworzył Andrzej Lepper; mogę powiedzieć tylko o własnych doświadczeniach związanych z tym tańcem. Podczas wakacji w 2008 roku udałam się na zajęcia z breakdance’a. Szkoda, że trwały tylko 5 dni -zdecydowanie za krótko. Udało mi się nauczyć parę kroków, ale to nic szczególnego. Najlepsze było to, że po ukończonym kursie, razem z moimi „nauczycielami” tańczyliśmy pod Urzędem Miasta. Oczywiście mnie to wychodziło bardzo słabo, ale przecież liczyło się nowe doświadczenie.

- Gdy weszłam na zajęcia, byłam przekonana, że instruktor będzie tylko pokazywał pewne ruchy, a my będziemy je powtarzać. Było zupełnie inaczej. Po raz pierwszy w życiu miałam styczność z takim rodzajem tańca i przyznam, że bardzo mi się to podobało. Chętnie poszłabym jeszcze raz na takie warsztaty. Dużo się nauczyłam, myślę, że „kroku podstawowego” nigdy nie zapomnę - komentuje Kasia.

Warszawski taniec
W Warszawie jestem już 5 miesięcy. Zaczęłam tańczyć od samego początku grudnia. Obecnie chodzę cztery razy za zajęcia w tygodniu. Rano idę za zajęcia, potem wracam na 2 godzinki do domu, przebiorę się, zjem coś i biegnę na trening. Wracam wieczorem, zajrzę do książek i idę spać, ale jestem szczęśliwa.

- Odkąd Aneta uczęszcza za zajęcia, dwa razy częściej się uśmiecha. Jest pełna energii. Widać, że taniec jest jej pasją. Nie wyobrażam sobie, żeby nie tańczyła. Mimo swojego urazu bardzo dobrze sobie radzi i jest ambitna. Widać, że kocha to, co robi – stwierdza moja współlokatorka Milena.

Nie potrafię określić, co czuję, kiedy wchodzę za zajęcia. Czasami, kiedy dobiegają końca, mam łzy w oczach. To strasznie dziwne uczucie - nigdy wcześniej nie zdarzało mi się nic podobnego. Wiem, że nadal nie potrafię dobrzeć tańczyć i na pewno nie zaliczyłabym się do grona tancerek. Wiem jedno… Taniec odmienił moje życie.




powrót


  

Wyższa Szkoła Dziennikarska im. Melchiora Wańkowicza
ul. Nowy Świat 58, 00-363 Warszawa, tel.: 826 10 96, fax.: 826 89 62